niedziela, 11 września 2011

Przystań Kuśnierewicza

Powinno się to stać tradycją, że co najmniej raz w roku odwiedzamy Swornegacie na jeziorem Charzykowskim. Jakiś czas temu słyszeliśmy niusa, że syłnny żeglarz, Mateusz Kuśnierewicz zakupił tam kawałek ziemi i będzie inwestował. W tym roku mieiśmy okazję sprawdzić co z tego wyszło. Całkiem przypadkiem padło hasło żeby wybrać się do Sworów, niestety jak juz ekipa się zdecydowała okazało się, że w Psiej Górze nie było miejsc. Trzeba było poszukać czegoś innego i po chwili klikania natrafiłem na nowo otwarty ośrodek o nazwie Przystań Kuśnierewicza. Wyglądało obiecująco. Tak też się okazało na miejscu, nowe domki, świetne umiejscowienie i pustki jeżeli chodzi o innych wczasowiczów, czego chcieć więcej.
Ekipa totalnie rodzinna tak więc zaczynając od najbardziej licznej rodziny Roterów czyli Tomek, Aneta i 3 dzieci: Melek, Ksawery i 3 miesięczna Ula, Remek z Marysią, Klarą i również 3 miesięcznym Jaśkiem, dalej Abdul, Ula z Elizką i Julką, Młody z Alinką i dzieciakami Martyną i Igorem, Dworki czyli Shaza i Dworek tym razem bez Dawida, Filip z Gosią no i Isio, który dojechał do nas jak już siedzieliśmy w Wagancie.
Wagant, klasyka sama w sobie, która mimo delikatnych zmian wystrojowych urzeka nie zmieniającym się klimatem no i niesmiertelnymi pozycjami w menu. Starogardzka i schabowy jak zwykle okazały się być zestawem obowiązkowym i jak zwykle spowodowały spore zamieszanie wśród uczestników biesiady. Dworek tym razem jeszcze przed pierwszym kieliszkiem robił sobie zdjęcia z kelnerką.




Apropos menu to Filip oczywiście miał swojego faworyta, sielawa, jak smakowała w tym roku?



Biesiadowanie w Wagancie czym się kończy każdy wie, a i tym razem nie było inaczej. Isio z wiadomych wzgledów nie mógł prowadzić więc powierzył swojego forda ciężarnej Marcie. Zapomniał jednak dodać, żeby nie zamykała drzwi na kluczyk bo się zacina. Tym sposobem w ruch poszedł kamień i do domu wracał  z siatką z biedronki zamiast szyby. Powrót do ośrodka tym nie zmotoryzowanym zajęła sporo czasu i dla niektórych musiała być bardzo męcząca bo zaparkowali w łóżkach. Inni wręcz przeciwnie cisnęli do późnej nocy, wbijając się do ciecia na walkę Adamek-Kliczko.

Na zajutrz juz lajcik, spacerki i koczowanie przed domkami, grillowanie i leczenia kaca. Odkrycie wyjazdu - oranżada - 2 skrzynki pękły w mgnieniu oka. Do kupienia tylko w Wagancie, a jakże.